Komu wierzyć w sporze o OZE i węgiel? Kilka uwag po debacie energetycznej Malecha – Wiech

autor: dr inż. Mirosław Gajer

7 września 2026

Komu wierzyć w sporze o OZE i węgiel? Kilka uwag po debacie energetycznej Malecha – Wiech

Podziwiam profesora Malechę za jego wręcz anielską cierpliwość w trakcie debaty z prawnikiem i dziennikarzem Jakubem Wiechem. Jest z pewnością uwielbiany przez swoich słuchaczy. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu indeksy kompromitujących się na egzaminie studentów wylatywały po prostu z hukiem przez okno i nikt nawet słowa nie pisnął… Później szukali ich z pokorą w trawie pod murami potężnego gmachu uczelni…

***

Niedawno w studio u Bogdana Rymanowskiego odbyła się fascynująca debata poświęcona zagadnieniom związanym z postępującą w naszym kraju transformacją energetyczną, wdrażaną w ramach europejskiego Zielonego Ładu. W dyspucie udział wzięli: reprezentujący Politechnikę Wrocławską prof. dr hab. inż. Ziemowit Malecha oraz pan Jakub Wiech – jak informuje Wikipedia – polski dziennikarz gospodarczy, eseista, poeta, z wykształcenia prawnik.

Na początek nie chciałbym zagłębiać się w jakiekolwiek szczegóły merytoryczne tej dyskusji, choć wiele wymagałoby tutaj dodania, sprostowania czy też uzupełnienia. Chciałbym zwrócić uwagę na to, że sam fakt, iż w ogóle się odbyła tego rodzaju konfrontacja – dotycząca przecież trudnej i nader skomplikowanej dziedziny wiedzy, jaką jest energetyka – pomiędzy profesorem nauk technicznych a osobą legitymującą się jedynie wykształceniem humanistycznym, jest dla mnie wręcz swego rodzaju curiosum.

Posłużę się tutaj następującą analogią. Mianowicie, proszę sobie wyobrazić, że podobna dyskusja dotyczy problematyki medycznej – przykładowo, terapii raka prostaty – a stają do niej: z jednej strony profesor nauk medycznych, który jest wybitnym specjalistą w rozważanej dziedzinie z niekwestionowanym dorobkiem naukowym, a z drugiej strony pojawia się właśnie wspomniany uprzednio pan Jakub Wiech, który żadnego wykształcenia z obszaru nauk medycznych czy też nauk o zdrowiu w ogóle nie ma. Podobnie zresztą jak nie posiada również jakiejkolwiek formalnie udokumentowanej wiedzy z obszaru nauk technicznych czy też ścisłych. Nie jest przecież absolwentem nawet technikum elektrycznego czy wręcz elektrycznej szkoły zawodowej, nie mówiąc już o ukończeniu dowolnego kierunku studiów na politechnice.

Wyobraźmy sobie teraz, że podczas hipotetycznej debaty pan Jakub Wiech podważa wiedzę, umiejętności i kompetencje wspomnianego profesora nauk medycznych. Twierdzi wręcz, że tamten zupełnie nie zna się na medycynie; że proponowane przez niego metody terapii i leki w ogóle nie działają oraz nie są w żadnym wypadku skuteczne. Wręcz przeciwnie, należy bezwzględnie słuchać w tym wypadku wyłącznie pana Jakuba Wiecha, który twierdzi, iż należy porzucić stosowane dotychczas powszechnie w medycynie metody i praktyki oraz przejść wyłącznie na sposoby naturalne – w tym oczywiście ziołolecznictwo – a także zasięgać wyłącznie rady znachorów. Osób zaś z wykształceniem medycznym nie należy w ogóle słuchać, bo co oni tam w ogóle wiedzą, nie wiadomo, po co kończyli te długie i wielce nudne studia medyczne, przecież to wyłącznie czysta strata czasu, sił i środków.

Czym innym są bowiem wygłaszane przez pana Jakuba Wiecha podczas wspomnianej debaty tezy, iż należy w elektroenergetyce odejść raz na zawsze od powszechnie wykorzystywanego do tej pory węgla, czy też w ogóle porzucić na dobre paliwa kopalne na rzecz wyłącznie odnawialnych źródeł energii (OZE)? Bo według niego, będzie dzięki temu o wiele taniej. Tak, z pewnością „kiedyś” będzie taniej, ale na razie przedsiębiorcy płacą ponad 1 300 złotych za megawatogodzinę energii elektrycznej netto…

Oczywiście, tego rodzaju publiczna debata zakończyłaby się jednym wielkim skandalem. Szacowny profesor nauk medycznych zapewne jeszcze przed jej oficjalnym zakończeniem wyszedłby ze studia, trzaskając za sobą mocno drzwiami. Swoją drogą, podziwiam profesora Malechę za jego wręcz anielską cierpliwość (jest z pewnością uwielbiany na uczelni przez studentów). W tym kontekście warto wspomnieć, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu indeksy kompromitujących się na egzaminie studentów wylatywały po prostu z hukiem przez okno i nikt nawet słowa wtedy nie pisnął… Później szukali ich z pokorą w trawie pod murami potężnego gmachu uczelni, co znam z opowiadań mojego wujka, studiującego w latach 70. ubiegłego stulecia na Wydziale Wiertnictwa Nafty i Gazu AGH w Krakowie.

Powie ktoś zapewne, że w tym miejscu jak zwykle mocno przesadzam. Bynajmniej! A proszę mi powiedzieć, jaka jest w zasadzie różnica pomiędzy studiami medycznymi a technicznymi? Owszem, studia medyczne na wydziale lekarskim trwają o rok dłużej, bo sześć lat, a studia magisterskie na politechnice tylko lat pięć. Owszem, po zdaniu egzaminów lekarskich trzeba jeszcze zrobić specjalizację, pracować przez kilka lat w szpitalu jako stażysta itp. Jednak w przypadku zawodu inżyniera jest przecież bardzo podobnie.

Przykładowo, mój ojciec był inżynierem elektrykiem i pracował w biurze projektowym. Zajmował się energetyką górniczą – realizował projekty zasilania kopalń. Pamiętam, jak kiedyś wspominał mi, że jeśli do zespołu projektowego przyjmował swego czasu jakiegoś młodego człowieka, będącego świeżo po studiach – przykładowo na AGH w Krakowie bądź Politechnice Śląskiej – to musiało minąć jeszcze minimum pięć lat, zanim odważył się powierzyć mu jakąś poważniejszą pracę projektową do wyłącznie samodzielnego wykonania. Zresztą i tak wszystko było później gruntownie weryfikowane i drobiazgowo sprawdzane przez doświadczonych projektantów z długim stażem pracy.

Jeśli chodzi natomiast o same studia techniczne na wydziale elektrycznym politechniki, to należą one bez wątpienia do jednych z najcięższych i najtrudniejszych. Ich absolwenci uważani są powszechnie za swego rodzaju elitę w szacownym gronie inżynierów. Aby ukończyć tego rodzaju studia, należy najpierw zdobyć solidne podwaliny teoretyczne nauk technicznych. Mnóstwo zatem jest tutaj zajęć z matematyki, fizyki, automatyki, metrologii. Trzeba przebrnąć przez piekielnie trudne egzaminy z analizy matematycznej, algebry i równań różniczkowych. Z kolei na starszych latach studiów do zdania są kolejne egzaminy z teorii obwodów elektrycznych, teorii sterowania, teorii systemów i jeszcze wiele innych.

Śmiem twierdzić, że pan Jakub Wiech o tego rodzaju rzeczach nie ma nawet zielonego pojęcia. Może nawet w ogóle o nich nigdy nie słyszał, bo niby skąd? Czyżby był swego rodzaju genialnym samoukiem, kimś w pokroju Faradaya, Edisona czy Tesli? Szczerze mówiąc, śmiem w to wątpić. Nie słyszałem też o żadnych dokonanych przez niego genialnych wynalazkach z dziedziny elektryczności. Zresztą era samotnych genialnych i domorosłych wynalazców odeszła już bezpowrotnie do przeszłości. Obecnie wszystko jest już o wiele bardziej skomplikowane niż było w tych zamierzchłych czasach. Z pewnością nie ma na świecie osoby, która sama znałaby się doskonale na wszystkim. Teraz projekty z obszaru elektroenergetyki (przykładowo budowa elektrowni atomowej) realizowane są wyłącznie przez większe interdyscyplinarne zespoły złożone z odpowiednio dobranych specjalistów.

Na koniec tego wątku nachodzi mnie jeszcze jedna bardzo smutna refleksja związana ze swoistą dewaluacją i upadkiem społecznego prestiżu zawodu inżyniera. Procesy te dokonały się wręcz na naszych oczach. Jeszcze w czasach „komuny” inżynier to był „ktoś”. Może w tych biurach projektowych nie zarabiali wtedy jakoś szczególnie dobrze, ale za to cieszyli się powszechnym społecznym poważaniem i autorytetem. Pamiętam, jak ojciec często zabierał mnie do siebie, do biura projektowego. Często dyskutowałem tam z jego kolegami, inżynierami elektrykami, teletechnikami, mechanikami, energetykami, budowlańcami i górnikami – to była prawdziwa elita intelektualna. Zresztą w wielu przypadkach wiedza tych ludzi nie ograniczała się li tylko do zagadnień czysto branżowych. Były wśród nich także i liczne osoby, które doskonale znały polską geografię, historię i literaturę (pamiętam, jak ojciec wspominał mi o pewnym, jeszcze przedwojennym inżynierze elektryku, który znał na pamięć całego „Pana Tadeusza”).

Jednak przede wszystkim sam zawód inżyniera był traktowany jako profesja twórcza. Będące wytworami tych tęgich umysłów praktyczne projekty techniczne niejednokrotnie traktowano wręcz jak swoiste dzieła sztuki – zwłaszcza w dziedzinie inżynierii lądowej. Jeszcze w okresie międzywojennym za powszechnym uznaniem społecznym i wysokim prestiżem szła ponadto sowita gratyfikacja finansowa. Tego rodzaju przykład znany jest mi nawet i z własnej rodziny. Otóż siostrzeniec mojego dziadka był przed wojną inżynierem pracującym w katowickiej Hucie Baildon. Jego miesięczna pensja wynosiła wówczas około 1 200 złotych. Dla porównania, za około 10 złotych można było przed wojną kupić parę solidnych skórzanych butów. Zresztą pomimo tak obiektywnie wysokich zarobków wspomnianemu siostrzeńcowi i tak pieniędzy wciąż brakowało. Potrafił bowiem przehulać dosłownie wszystko i w związku z tym notorycznie zapożyczał się u mojego dziadka. Zwłaszcza jeśli wracał wieczorem w niedzielę po szalonym pobycie w Zakopanem przez podkrakowskie Myślenice – rodzinne miasto mych przodków.

Chciałbym w tej dłuższej dygresji jeszcze zwrócić uwagę, że obecnie publiczne głoszenie wiedzy pseudomedycznej i wprowadzanie w błąd ludzi – co może przecież ostatecznie skutkować utratą przez nich zdrowia, a nawet w skrajnym wypadku i życia – podpada już pod rozliczne sankcje Kodeksu karnego. Tymczasem w dziedzinie elektroenergetyki dosłownie każdy i to niezależnie od posiadanego w tym obszarze wykształcenia, a raczej jego braku, może pleść całkowicie bezkarnie dowolne bzdury. Tymczasem, podobnie jak w medycynie, być może należałoby domagać się prawnego usankcjonowania penalizacji głoszenia wiedzy pseudotechnicznej, która może być ostatecznie szkodliwa bynajmniej w nie mniejszym przecież stopniu niż wspomniana uprzednio wiedza pseudomedyczna.

Jeśli o przyszłości polskiej elektroenergetyki decydować będą nadal jakieś przypadkowe osoby, brylujące nieustanie w popularnych mediach, ale bez jakiegokolwiek wykształcenia branżowego, to już w najbliższym czasie czekać nas będzie zapewne „świetlana przyszłość”. Mroźna zima z przerwami w dostawach energii elektrycznej dla odbiorców może stać się rzeczywistością już w perspektywie zaledwie kilku najbliższych lat.

W tym kontekście uważam za wręcz kuriozalne stwierdzenie pana Jakuba Wiecha, że w Polsce nie należy budować już więcej węglowych bloków nadkrytycznych o wysokiej sprawności sięgającej 45%, ponieważ one się psują. Jako przykład pan Jakub Wiech wymienił awarię bloku o mocy 1075 MW. Miała ona miejsce swego czasu w elektrowni Kozienice. Mamy za sobą też pożar taśmociągu w bloku nadkrytycznym tej elektrowni o mocy 858 MW. Oczywiście, pan Wiech nie omieszkał wspomnieć także o problemach, jakie wystąpiły w przeszłości, z uruchomieniem bloku nadkrytycznego o mocy 910 MW w elektrowni Jaworzno. Szkoda tylko, że nie wspomniał, iż po upływie okresu gwarancyjnego i uzyskaniu od spółki Rafako rekompensat w łącznej wysokości około ćwierci miliarda złotych oraz ostatecznie po ogłoszeniu przez Rafako upadłości, rozważany blok w jakiś wręcz cudowny sposób „ozdrowiał” (niczym pielgrzymi udający się do Lourdes). Obecnie już bez żadnych problemów pracuje ze swą mocą nominalną w podstawie Krajowego Systemu Elektroenergetycznego (KSE).

Argumentację, że z powodu awarii nie należy w Polsce w ogóle budować bloków elektrowni węglowych, można porównać do absurdalnego stwierdzenia, iż trzeba natychmiast zaprzestać produkcji samochodów (wszystko jedno czy spalinowych, czy hybrydowych, czy elektrycznych), ponieważ one mogą się zepsuć na drodze. Tymczasem, ogólnie rzecz biorąc, technika bywa z zasady zawodna i każde urządzenie prędzej czy później się zepsuje. Oczywiście, wykonywane regularnie przeglądy serwisowe, konserwacje, remonty, wymiana wyeksploatowanych komponentów tego rodzaju niebezpieczeństwo wystąpienia nagłej i niespodziewanej awarii istotnie minimalizuje, ale przecież nie jest w stanie wyeliminować go całkowicie.

Zresztą analogiczne problemy, jakie miały miejsce swego czasu z blokiem nadkrytycznym elektrowni Jaworzno, występują również w przypadku bloków elektrowni jądrowych zaliczanych do trzeciej generacji. Sztandarowym przykładem w tym względzie jest francuska elektrownia atomowa Flameville. Budowa jej nowoczesnego bloku trzeciej generacji typu EPR-1600 została rozpoczęta jeszcze w 2007 roku. Do pierwszej próby uruchomienia rozpatrywanego bloku jądrowego doszło w grudniu 2024 roku. Niestety, po krótkim okresie pracy doszło do jego wyłączenia w trybie awaryjnym. Jego praca została wznowiona w 2025 roku, jednak do chwili obecnej nie udało się osiągnąć zakładanej jego mocy maksymalnej, wynoszącej 1 600 MW. W związku z tym w najbliższym czasie planowane jest jego wyłączenie na okres co najmniej jednego roku, aby możliwe było w tym czasie przeprowadzenie stosownych prac modernizacyjnych, które być może zakończą się sukcesem. Pewności co do tego nie ma, ale być może po ponad 20 latach od momentu rozpoczęcia budowy blok ten zacznie wreszcie normalnie funkcjonować.

Na tej podstawie pan Jakub Wiech mógłby równie dobrze argumentować, że nie należy w Polsce budować pierwszej elektrowni atomowej w gminie Choczewo, ponieważ analogiczne problemy jak w przypadku Flameville mogą wystąpić również z planowanymi tam blokami AP-1000. Nie jest to z zasady oczywiście w żadnym wypadku wykluczone. Opóźnienia w realizacji tego rodzaju projektów sięgają standardowo co najmniej pięciu lat.

W pewnym momencie podczas debaty – po nieco burzliwej wymianie zdań pomiędzy prof. Malechą a panem Jakubem Wiechem – prowadzący obrady zadał pytanie: „To komu ja mam właściwie wierzyć?”. Jest rzeczą interesującą, czy w sytuacji, gdyby debata ta dotyczyła zagadnień medycznych, a zamiast prof. Malechy brał w niej udział jakiś profesor nauk medycznych, to czy prowadzący ją miałby też tego rodzaju wątpliwości. Niestety, obecnie w Polsce prestiż zawodu inżyniera jest w zasadzie żaden. Zresztą sam pan Jakub Wiech podczas debaty porównał inżynierów pracujących w polskim sektorze energetyki do pracowników sieci „Biedronka” zasiadających na kasie lub wykładających towar z magazynu na półki sklepowe. To świadczy o tym, że w naszym kraju inżynier jest już dosłownie „nikim”. Co więcej, nie jest w ogóle potrzebny, gdyż przewidziano dla nas wyłącznie rolę taniej siły roboczej…

W pięknym śnie pana Jakuba Wiecha żadne elektrownie węglowe z pewnością nie istnieją, ponieważ dostawy energii elektrycznej załatwiają wyłącznie instalacje fotowoltaiczne i siłownie wiatrowe. To nic, że łączna moc paneli fotowoltaicznych w Polsce zbliża się już do wartości 30 GW, co stanowi ekwiwalent sześciu elektrowni węglowych tej wielkości co Bełchatów. Trzeba ich jednak zainstalować jeszcze o wiele więcej. Podobnie zapewne całą Polskę należy zabudować siłowniami wiatrowymi, czego niestety nie możemy zrobić, gdyż według pana Jakuba Wiecha, „wiatraki zostały w Polsce zablokowane”. Jak rozumiem, pan Jakub Wiech chciałby zapewne, aby minimalna dopuszczalna odległość posadowienia wiatraka od zabudowań wynosiła dokładnie zero metrów. Śmiem jednak wątpić, czy sam chciałby zamieszkać w pobliżu potężnego wiatraka o wieży wysokiej na 100 metrów. Z drugiej strony, czegóż to człowiek nie jest w stanie zrobić dla ratowania klimatu i płonącej planety…

Zresztą podczas debaty zostaliśmy przez pana Jakuba Wiech postraszeni, że za jakieś 100 lat, jak nic nie będziemy z tym robić, to na świecie będzie o cztery stopnie Celsjusza cieplej niż obecnie. Przyznał jednak, że ludzie sobie jakoś poradzą. Przykładowo włączą klimatyzację. Jednak przecież już choćby zwierzęta w lesie klimatyzacji bynajmniej nie mają. Panie Jakubie, proszę w wolnej chwili mimo wszystko wybrać się na wycieczkę do lasu. Zobaczy Pan, że jest tam zawsze o wiele chłodniej niż w mieście. Zwierzęta leśne mają więc w tym przypadku znacznie bardziej komfortowe warunki (nawet bez klimatyzacji) niż osobniki należące do gatunku homo sapiens, który obecnie stał się już gatunkiem wybitnie zurbanizowanym.

Co do samej debaty, to na mój gust zbyt mało w niej zostało powiedziane o zagadnieniach stricte technicznych i prawach fizyki, z których wynika bezpośrednio to, co jest, a co nie jest w ogóle możliwe. Zamiast tego prowadzona była w zasadzie jakaś jałowa dyskusja na temat tego, co jest drogie, a co jest tanie. Tyle, że dyskusja taka nie ma najmniejszego sensu w sytuacji, gdy rynek energii nie jest w żadnym wypadku wolny. W rzeczywistości jest wręcz totalnym zaprzeczeniem wolnego rynku. Przecież w tym wypadku cena energii nie jest pochodną gry sił popytu i podaży, które działając w dynamicznie zmieniającym się otoczeniu poszukują nieustannie punktu równowagi. Wręcz przeciwnie, ceny energii elektrycznej dla poszczególnych grup odbiorców ustalane są wyłącznie na podstawie rozporządzeń administracyjnych. Podobnie odnawialne źródła energii są dotowane przez państwo, a paliwa kopalne zostały obciążone horrendalnym podatkiem ETS.

Przykładowo, tona spalanego w elektrowniach miału węglowego kosztuje około 300 złotych, ale do każdej takiej tony trzeba dopłacić jeszcze ponad 80 euro podatku ETS, który w związku z tym stanowi później około 2/3 ceny energii elektrycznej wytworzonej z węgla. W takiej sytuacji dokładne wyliczenie, ile w Polsce kosztuje jednostka energii elektrycznej wyprodukowana z różnego typu źródeł, jest niezwykle trudne. Ostateczny wynik tego rodzaju wyliczeń i tak zależał będzie od przyjętej przez ekonomistów odpowiedniej metodologii tego rodzaju obliczeń.

Owszem, w przypadku Norwegii ponad 90% generowanej tam energii elektrycznej pochodzi wyłącznie z wykorzystania siły wód. Ale, po pierwsze, kraj ten posiada specyficzne warunki geograficzne (wysokie góry) i hydrologiczne (liczne rzeki i strumienie górskie wypływające obficie latem z topniejących lodowców). Po drugie, jego powierzchnia jest nieco większa do powierzchni Polski, a zamieszkuje ją tylko około 5,7 miliona mieszkańców. Gdyby przyjąć hipotetycznie, że gęstość zaludnienia jest dokładnie taka sama jak w przypadku Polski, to mieszkałoby tam prawie 45 milionów ludzi. Jednak w takim wypadku udział hydroenergii w norweskim miksie energetycznym nie przekraczałby zapewne zaledwie kilkunastu procent. Pozostałą potrzebną energię elektryczną trzeba byłoby wytworzyć z innych źródeł. Po prostu należałoby sięgnąć po paliwa kopalne (zwłaszcza po własne zasoby gazu ziemnego) oraz być może posiłkować się także energią jądrową, jak zresztą czyni to sąsiednia Szwecja.

Ponadto tak wysoki udział hydroenergii w generowanej dla Norwegii mocy jest możliwy tylko dzięki temu, że tamtejszy system elektroenergetyczny stanowi część znacznie większego systemu, wspólnego dla całej Skandynawii. Pracują w nim liczne elektrownie gazowe (Dania i Szwecja) oraz atomowe (Szwecja), wytwarzające tzw. inercję mechaniczną, bez której żaden system elektroenergetyczny nie mógłby w ogóle funkcjonować. Norwegowie bazują zatem na inercji mechanicznej wytwarzanej u sąsiadów. Umożliwia im to wykorzystywanie własnych zasobów hydroenergii w aż tak wysokim stopniu. W związku z tym Norwegowie mogą się chlubić faktem, że ich elektroenergetyka jest w zasadzie zeroemisyjna. Jednak porównywanie pod tym względem tego kraju z Polską nie jest w żadnym wypadku uprawnione. My jesteśmy bowiem po prostu skazani na węgiel, z którego wciąż wytwarzamy średnio w roku nieco ponad 50% zużywanej u nas energii elektrycznej.

Aby wykazać prawdziwość powyższej tezy, wystarczy spojrzeć na rys. 1, na którym przedstawiono stan pracy krajowego systemu elektroenergetycznego (KSE) w dniu 7 lutego 2026 roku o godz. 19:03, czyli podczas trwania tzw. wieczornego szczytu zapotrzebowania na energię elektryczną.

Rys. 1. Dane dotyczące stanu pracy krajowego systemu elektroenergetycznego
(źródło: https://www.pse.pl/home)

Z rys. 1 możemy odczytać, że zapotrzebowanie mocy w KSE w rozważanym momencie wynosiło 22 090 MW. Pokrywane było przede wszystkim przez polskie elektrownie cieplne opalane głównie węglem, a także i w pewnym stopniu gazem ziemnym, które generowały łącznie 19 341 MW, co stanowi aż 87,6% całkowitego zapotrzebowania. Uwagę przykuwa również relatywnie wysoki import mocy elektrycznej, głównie z Niemiec i Szwecji, w łącznej wysokości 1735 MW. Pokrywał on 7,9% całkowitego zapotrzebowania.

W owym czasie instalacje fotowoltaiczne generowały dokładnie zero watów, a nawet pobierały wtedy pewną moc elektryczną na pokrycie potrzeb własnych (zasilanie układów elektronicznych znajdujących się w stanie czuwania, mikroprocesorowych sterowników i torów pomiarowych). Z kolei siłownie wiatrowe ani myślały dostosować się do polecenia czcigodnej pani ministry od klimatu i środowiska. Według niej, gdy Słońce nie świeci, to ma wtedy wiać wiatr. Jak można zobaczyć na rys. 1, w rozważanym czasie siłownie wiatrowe generowały zaledwie 337 MW, pokrywając tym samym jedynie około 1,5% całkowitego zapotrzebowania mocy w KSE.

A teraz proszę sobie wyobrazić, że spełnia się wreszcie marzenie pana Jakuba Wiecha i wszystkie elektrownie węglowe zostają w sposób trwały i nieodwołalny w naszym kraju wyłączone. W takim wypadku pracować mogłyby jedynie bloki gazowe, które zainstalowane są głównie w elektrociepłowniach, a obecnie ich łączna moc wynosi nieco powyżej 5 000 MW. Oznacza to, że w sytuacji takiej, jak przedstawiona na rys. 1 brakowałoby nam co najmniej 14 000 MW mocy elektrycznej. To wręcz niewyobrażalny niedobór, który skutkowałby natychmiastowym blackoutem na terenie całego kraju.

Bardzo jestem ciekawy odpowiedzi pana Jakuba Wiecha na przedstawioną tutaj tego rodzaju hipotetyczną sytuację. Skąd jego zdaniem mamy wziąć wtedy brakujące nam co najmniej 14 000 MW mocy elektrycznej? Czy mają one pochodzić z fotowoltaiki, która przecież w rozważanej porze dnia w ogóle żadnej mocy nie generuje z powodów, które powinny być oczywiste nawet dla średnio rozgarniętego dziecka w wieku przedszkolnym? Czy może wspomniane 14 000 MW ma pochodzić z siłowni wiatrowych, które wtedy generowały dosłownie tyle mocy elektrycznej, co kot napłakał (337 MW)? Gdyby nawet założyć hipotetycznie, że moc zainstalowana w polskich wiatrakach wzrosłaby dziesięciokrotnie, czyli musiałaby przekraczać 100 GW – czyli nieco więcej niż mają obecnie zainstalowane Niemcy – to i tak wiatraki te byłyby w stanie pokryć zaledwie około 15% naszego zapotrzebowania mocy.

Oczywiście, postawienie na terytorium Polski dziesięć razy więcej wiatraków niż ma to miejsce obecnie, nie jest w ogóle możliwe. Przede wszystkim nie byłoby gdzie ich zainstalować, przyjmując jakąś rozsądną minimalną odległość ich posadowienia od zabudowań. Ponadto wystarczy spojrzeć na mapę wietrzności naszego kraju, z której wynika, że tak naprawdę bardzo korzystnych lokalizacji mamy relatywnie niewiele. Większość terytorium naszego kraju to obszary należące do trzeciej, czwartej, a nawet piątej kategorii pod względem występującej tam wietrzności. W takim wypadku wiatraki nie byłyby w stanie i tak w żaden sposób rozwinąć większej mocy.

Rys. 2. Mapa wietrzności Polski
(źródło: https://www.instalacjebudowlane.pl/7935-24-87-elektrownie-wiatrowe--wietrznosc-w-polsce.html)

Warto ponadto wiedzieć, że w przypadku zagęszczenia wiatraków pojawia się w sposób nieuchronny bardzo niekorzystne zjawisko. Polega ono na przesłanianiu jednych tego rodzaju urządzeń przez drugie. Te, które stoją w pierwszych rzędach, od gnanych wiatrem mas powietrza odbierają znaczną część ich energii kinetycznej. Instalacje stojące w rzędach kolejnych doświadczają w efekcie już znacznie mniejszej wartości prędkości wiatru. Generowana przez nie moc elektryczna istotnie więc spada, ponieważ zależy ona aż od trzeciej potęgi prędkości wiatru. Zatem, choćby i z tego powodu, dziesięciokrotne zwiększenie mocy zainstalowanej w siłowniach wiatrowych w żadnym wypadku nie przełoży się automatycznie na równoważne zwiększenie wartości mocy przez nie generowanej.

Ostateczna konkluzja jest taka, że likwidując polskie elektrownie węglowe w zimie zostalibyśmy dosłownie z niczym. Wyłączenia energii elektrycznej w całych dzielnicach miast byłyby na porządku dziennym. A to z kolei skutkowałoby natychmiast zimnymi kaloryferami w blokach (przestają pracować wymiennikownie ciepła i pompy cyrkulacyjne) oraz brakiem wody w kranach (przestają pracować hydrofory). Utrzymywanie się takiego stanu rzeczy przez wiele kolejnych godzin zmusiłoby mieszkańców bloków do załatwiania swych potrzeb fizjologicznych w pobliskich krzakach. W przypadku przeciwnym odór panujący w ich mieszkaniach byłby nie do wytrzymania.

Na koniec warto także spojrzeć na rys. 3, na którym przedstawiono polski miks energetyczny, wyliczony za grudzień 2025 roku.

Rys. 3. Polski miks energetyczny wyliczony dla grudnia 2025 roku
(źródło: https://www.bankier.pl/forum/temat_mix-energetyczny-w-polsce-w-grudniu-2025-r-diagram,73248613.html)

Jak wynika z wykresu kołowego przedstawionego na rys. 3, w grudniu 2025 roku aż 81,52% wytworzonej energii elektrycznej pochodziło ze spalania paliw kopalnych (węgla kamiennego – 48,18%, węgla brunatnego – 18,28% i gazu ziemnego – 15,06%). Siłownie wiatrowe wygenerowały natomiast jedynie 14,49% energii. Pozostałe źródła (fotowoltaika, hydroenergia, biomasa i biogaz) dały nam łącznie zaledwie 3,99% energii. Ich znaczenie jest tutaj wręcz marginalne i w związku z tym nie będziemy się nimi dalej zajmować (zwłaszcza produkcja energii elektrycznej z instalacji fotowoltaicznych w grudniu jest wręcz szczątkowa, ponieważ dzień trwa wtedy w Polsce zaledwie około siedmiu godzin, a promienie słoneczne docierają do powierzchni ziemi pod bardzo niewielkim kątem).

Reasumując, skoro elektrownie cieplne wytwarzają łącznie w grudniu 81,52% energii, a siłownie wiatrowe jedynie 14,49%, to odwrócenie tych proporcji jest absolutnie niemożliwe. Polskie siłownie wiatrowe nigdy nie będą w stanie pokryć 81,52% zapotrzebowania na energię elektryczną w grudniu, a jedynie w takim przypadku moglibyśmy całkowicie zrezygnować z węgla (pozostałe 14,49% energii musiałyby wygenerować elektrownie gazowe).

Warto w tym miejscu powołać się na przypadek Niemiec, gdzie w siłowniach wiatrowych zainstalowano już ponad siedem razy więcej mocy niż w przypadku naszego kraju. Natomiast udział energetyki wiatrowej w tamtejszym miksie energetycznym wyniósł w roku 2025 jedynie około 27% (wiatraki lądowe – 22% i wiatraki morskie – 5%). Warto pamiętać, że zużycie energii elektrycznej u zachodnich sąsiadów jest tylko niecałe trzy razy większe niż w Polsce. Wydaje się w związku z tym, że bariera udziału energii wiatrowej w polskim miksie energetycznym na poziomie około 30% jest po prostu nieprzekraczalna.

Czy pan Jakub Wiech o tym wszystkim nie wie, czy też tylko z jakichś sobie tylko znanych powodów udaje, że nie wie? Bo jeśli naprawdę nie wie, to zapraszam na studia na Wydziale Elektrycznym AGH. Podobno na edukację nigdy nie jest za późno…

Dr inż. Mirosław Gajer, Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie

Publikacja, którą czytasz, powstała z dobrowolnych datków

- czy dorzucisz się do wydania przez nas kolejnej?

Skarbonka

POZNAJ NASZ KANAŁ YouTube WOLNOŚĆ I WŁASNOŚĆ

Dzik to maszyna do zabijania #wolność #własność #fundacja #dziki #dziki #polska #miasto

Dzik to maszyna do zabijania #wolność #własność #fundacja #dziki #dziki #polska #miasto

Twoje osiedle pod oblężeniem dzików #wolność #własność #fundacja #dziki #dziki #polska #miasto

Twoje osiedle pod oblężeniem dzików #wolność #własność #fundacja #dziki #dziki #polska #miasto

Paradoks obrońców dzików #wolność #własność #fundacja #dziki #dziki #polska #miasto

Paradoks obrońców dzików #wolność #własność #fundacja #dziki #dziki #polska #miasto

Dziki opanowały polskie miasta! #wolność #własność #fundacja #dziki #dziki #polska #miasto

Dziki opanowały polskie miasta! #wolność #własność #fundacja #dziki #dziki #polska #miasto

Czy czeka nas dzikowy LOCKDOWN? Absurdy miejskiej polityki wobec dzików! | Patrol Wolności #6
22:43

Czy czeka nas dzikowy LOCKDOWN? Absurdy miejskiej polityki wobec dzików! | Patrol Wolności #6

Osobowość prawna Odry - o co chodzi?  #wolność #własność #fundacja #energia #Odra #zielonyład

Osobowość prawna Odry - o co chodzi? #wolność #własność #fundacja #energia #Odra #zielonyład

SUBSKRYBUJ NAS NA YOUTUBE